2 września 1973 roku – data, która w historii polskiego żużla lśni jak złoto. Tego dnia Jerzy Szczakiel, 24-letni chłopak z Opola, dokonał czegoś, co wcześniej wydawało się niemożliwe. Pokonał legendę. Pokonał Ivana Maugera. Został indywidualnym mistrzem świata.
Dwa lata wcześniej w finale IMŚ w Göteborgu na torze był cieniem siebie – pięć biegów, pięć zer. Dlatego przed zmaganiami na Stadionie Śląskim nikt o zdrowych zmysłach nie postawiłby na niego choćby grosza. Ale notowania u legalnych polskich bukmacherów nie zawsze oddają rzeczywistość, a Jurek już wcześniej potrafił zaskoczyć. W tym samym 1971 roku, wspólnie z Andrzejem Wyglendą, zdobył mistrzostwo świata par, podwójnie ogrywając Ivana Maugera i Barry’ego Briggsa.
Niezapomniana chwila
W Chorzowie panowała żużlowa gorączka. Przed 110-tysięcznym tłumem Polacy jechali jak natchnieni. Zenon Plech zdobył 12 punktów, Edward Jancarz i Paweł Waloszek też dzielnie walczyli. Ale losy złota rozstrzygnęły się między dwoma: Szczakielem i Maugerem. Po dwudziestu biegach – remis. Trzynastka na koncie każdego z nich. Decydujący miał być bieg dodatkowy.
– Pozwoliłem Maugerowi wybierać jako pierwszemu – wspominał później Szczakiel. – Dostał pierwszy tor, ja trzeci. Byłem spokojny, jakbym już wygrał. Nic nie musiałem, wszystko mogłem.
Na starcie emocje sięgały zenitu. To nie faworyt ruszył najlepiej, tylko Polak. Prowadził, ale Mauger nie odpuszczał. Napędzał się po zewnętrznej, szukał luk, kąsał jak doświadczony łowca. I wtedy, na drugim łuku drugiego okrążenia, stało się coś, czego nikt się nie spodziewał – Nowozelandczyk upadł, atakując desperacko. Stadion eksplodował.
Szczakiel przejechał ostatnie metry samotnie, w absolutnej ekstazie trybun. Polska miała pierwszego indywidualnego mistrza świata w historii!.
Pierwszy i ostatni raz
To był jego szczyt. Po złocie nie wrócił już do finału IMŚ. W 1974 roku zdobył brąz w drużynie, ale indywidualnie nigdy nie sięgnął choćby po tytuł krajowy. Przez całą karierę wierny Kolejarzowi Opole, zakończył ściganie w 1979 roku. Zmarł 1 września A.D. 2020, niemal równo 47 lat po swoim największym triumfie.
Na kolejnego mistrza świata z Polski czekaliśmy 37 lat – do dnia, gdy Tomasz Gollob wreszcie przerwał ciszę. Potem przyszedł Bartosz Zmarzlik, który uczynił z wygrywania rutynę.
Ale to Jerzy Szczakiel był pierwszy. Cichy, spokojny. Pokonał Maugera, pokonał własne demony i wygrał dla nas wszystkich. Tamtego dnia, na Stadionie Śląskim, stał się legendą.
Ziemowit Ochapski, najlepsibukmacherzy.pl